Forum Bractwa Rivendell

O wszystkim i niczym - Karczma

Nanatei - 2012-05-06, 17:53
:
- Tak, na tym świecie wiele rzeczy i osób wymyka się naszemu rozumowaniu... - elfka uśmiechnęła się pod wąsem, którego nie miała. Spoważniała jednak po chwili i jej twarz nabrała zupełnie innej głębi.

- Wspomniałeś o morzu, ucieleśnieniu tęsknoty Eldarów... Czy wiesz, czym szum jego fal jest dla nieśmiertelnych?...
Najwcześniejsze lata spędziłam w Eglarest, nad samym jego brzegiem. Potem... Potem miasto pochłonęła wojna. - zamknęła oczy, a na jej powiekach zagrały odblaski ogniska, niczym cienie przeszłości. - Dalsze moje dzieje w Beleriandzie pominę, bo nie czas ku temu, opowieść byłaby to zbyt nużąca i niezrozumiała dla śmiertelnika. Czasy te są dla was już zamierzchłą legendą... A ja byłam świadkiem tego, jak piękną krainę mych najmłodszych lat najpierw przeorały straszliwe boje, a potem zagarnęło morze. Ono nadal śpiewa szumem tamtych borów, nuci pieśnie wspaniałych rzek i odzywa się głosem poległych... Ono stale nas wzywa, jego głos rwie serce... Dlatego przybyłam do Imladris.

Wyciągnęła dłoń ku pucharowi i wydawało się, że utraciła ona poprzednią gęstość. Jakby ciemność nie miała do niej całkowitego przystępu.
-Niebacznie o nim wspomniałeś...
Uśmiechnęła się smutno do krasnoluda, a jej myśli zdawały się umykać gdzieś w dal...
Daeruth - 2012-05-06, 21:59
:
-Hmm... Hmm... Smutną jest historia Twa. Nawet bardzo... Zresztą jak większość historii tej części świata... Z radością, nawet krótkotrwałą zawsze przeplatał się i przeplatać będzie smutek... Taki już nasz los...
Khazad zadumał się na chwilą. Po czym otrząsnął się i ciągnął dalej.
-No ale co poradzić... Jest jak jest i trza to zaakceptować. Nie ma co się łamać. Mimo wszystko to całe życie nie jest takie złe...
Błysnął wzrokiem spod krzaczastych brwi.
-Hmm... Te klimaty trochę nie bezpieczne są... Co chwile któreś z nas odlatuje...
Wzniósł kufel i wypił za zdrowie towarzyszki.
Nanatei - 2012-05-07, 20:07
:
- Jakże zdumiewający jest ten entuzjazm śmiertelnych!... Tak, jakby świadomość końca paradoksalnie pozwalała wam zapominać o smutku. Jakże nieśmiertelni mają nauczyć się zasiewać szczęście, skoro czas zbiorów nigdy nie nadejdzie? Zbyt wiele w nas było wprzódy buty i ognia, a teraz zbyt wiele goryczy i zwątpienia...

Uśmiechnęła się do jakiejś swej myśli, obserwując purpurowiejący w mroku aromatyczny trunek, przetaczający się ciężko po ściankach kielicha w jej dłoniach.
-Ach, Gwiezdny Ludu, poezja twa wielką, bo już za życia stąpałeś po ścieżkach raju i po dnie piekieł, nie zaznawszy nigdzie spokoju.

Spojrzała w kierunku swego krzaczastobrewego towarzysza rozmowy, skinęła z uśmiechem głową i uniosłwszy nieznacznie puchar, upiła kilka łyków.

- Cóż złego jest w szybowaniu po bezkresach własnego umysłu? Lepiej milczeć mądrze z przyjacielem, niż pozwolić swawolić językowi przy wrogu. - uśmiechnęła się znów szeroko swoim zwyczajem, a potem wstała z ławy i wróciła po chwili dzierżąc już w dłoni sporą materiałową torbę. Wyjęła z niej kilka starannie owiniętych naczyń, niewielki moździerz i pojemniki z różnobarwnymi grudkowatymi substancjami.
- Zabawa dopiero się zaczyna...
Daeruth - 2012-05-07, 22:31
:
-Cóż w poezji nawet nie będę próbował się z Tobą mierzyć... Z góry jestem skazany na porażkę... Zresztą, mi starczy to, że w myślach przynajmniej jestem w stanie wyrazić to co Ty... A przynajmniej mam taką nadzieję.
Pociągnął do dna kufel.
-Gospodarzu... Jeszcze jednego, proszę.
Po chwili karczmarz wrócił z pełnym kuflem. Khazad upił odrobinę.
-Mmm... Co raz to lepszy wydaje się ten miód...
Odstawił napój i sięgnął do torby spoczywającej w pobliżu kominka.
-Mam nadzieje, że trafnie odgaduje...
Wyciągnął z niej niewielki, zaśniedziały kufer i wypchaną, brązowe torbę. Postawił je na stole i zaczął grzebać w tej drugiej. Gdy tylko ją otworzył w powietrze wokół bohaterów uniosła się woń wielu zapachów...
-Ta noc naprawdę będzie długa...
Uśmiechnął się tajemniczo do towarzyszki.
Nanatei - 2012-05-08, 16:05
:
- Czy odgadłeś?... Nie zamierzam otwierać ani perfumerii, ani zakładu ziołoleczniczego. - elfka roześmiała się, ale z lubością wychwytywała co ciekawsze aromaty. Sama wyciągnęła z torby jeszcze kilka ze swoich słoiczków skrupulatnie opatrzonych etykietami.
- Moje skarby bardziej zainteresowałyby większość przedstawicieli twojego ludu, tak jak twoje - mojego. Chowam tu zmielone skały zawierające tlenki różnych metali i minerały, ale i różne barwne wyciągi z roślin, zwierząt... O, to szczególnie powinno być bliskie Naugrimom - lazuryt z Ered Luin. :grin:

Dokonała prezentacji, potrząsając przed oczyma krasnoluda skrzącym się kryształowym pojemniczkiem wypełnionym proszkiem o głęboko niebieskiej barwie. Za oknem przetoczył się grom ciągle nie tracącej impetu burzy.
- Dlaczego uważasz, że ta noc będzie naprawdę długa? Czyżbyś szykował jakieś pobudzające wywary?...
Daeruth - 2012-05-08, 16:54
:
Khazad błysnął oczyma z pod przymrużonych powiek.
-Może, może... Widzę, że nie ja jeden posiadam w swoich zbiorach perełki;)...
Sięgnął głęboko do torby i wyjął stary, połatany mieszek.
-Tych ziół nie znajdziesz wiele w Śródziemiu... Pochodzącą z odległych krain, czasem ze stoków bardzo wysokich gór... A niektóre z miejsc o których nie chcę wspominać...
Jego ciało przeszedł zimny dreszcz...
-No ale dość o tym... Wywar mówisz... Kto wie, kto wie... Nie mam w zwyczaju ich robić często... Nie każdy potrafi również dostrzec w mych eliksirach potęgę i moc.
Podał elfce mieszek.
Nanatei - 2012-05-08, 19:09
:
Sindarka ostrożnie ujęła sakiewkę w dłonie i zaintrygowana zerknęła do środka.
- Cóż to takiego? I do czego służy?
Daeruth - 2012-05-08, 23:03
:
-Po zawartość tego chodziłem daleko... Bardzo daleko... Lecz było to dość dawno temu...
Wrócił z powrotem na swoje miejsce przed kominkiem i sięgnął po kufel. Pociągnął tęgi łyk i zadumał się na chwilę.
-Wiele lat temu, gdy byłem jeszcze dosyć młodym, zamieszkiwałem z mymi pobratymcami w Górach Błękitnych. Mój ród nie należał do najbogatszych, ale na niczym nam nie brakowało. Specjalizowaliśmy się, jak wiele krasnoludzkich rodzin w obróbce metali szlachetnych. Odstawałem zawsze od swojej rodziny. Pracowałem tylko tyle ile musiałem i często wyrywałem się na wędrówki wzdłuż rzek czy wgłąb lasów. O wiele bardziej mnie to pociągało. Jednakże niezbyt daleko, abym nie zabłądził. Lubiłem rozmawiać z wędrowcami, których podówczas było wcale nie mało... Zazwyczaj słuchałem, bo wiele ciekawego nie miałem do powiedzenia. Nawet o moim zawodzie...
Khazad odchrząknął i pociągnął kolejny tęgi łyk.
-Im więcej słuchałem, tym bardziej ciekaw byłem tego jak wygląda świat... Wiedziałem jednakże, że zbyt mało o nim wiem aby wyruszać w podróż gdziekolwiek...
-Pewnego raz wysłano mnie razem z kupcami do niezbyt odległego miasteczka w sąsiednim kraju. Chętnie się tego podjąłem. Nigdy tak daleko wszak nie byłem... Interesy poszły nadspodziewanie dobrze i po krótkim czasie byliśmy gotowi do powrotu. Jednakże w drodze powrotnej zaatakowali nas zbóje... Była noc więc rzecz jasna się pogubiliśmy.
Uśmiechnął się do towarzyszki.
-Miałem wielkie szczęście. Uciekając przez las, po ciemku zabrnąłem w nieznane sobie obszary... No i jakoś się tak stało, że wpadłem do rzeki... Obudziłem się następnego dnia wieczorem przy ognisku. Koło mnie krzątała się postać dość sędziwego starca... Zwał się Garadion. Był pustelnikiem i... Uzdolnionym zielarzem.
Strzelił okiem do elfki.
-Uratował mnie,gdy spływałem daleko w dół rzeki. W ramach wdzięczności chciałem się mu jakoś odwdzięczyć. Był co prawda starym zrzędą, ale przyjął mnie do siebie jako pomoc. Chyba głównie ze względu na wiek...
-Z pomocnika stałem się jego uczniem po pewnym czasie... Był surowy i wymagający, aczkolwiek znał się na swym fachu. Nauczyłem się wiele o ziołolecznictwie, poznałem wiele historii, a także świata o którym miał fascynującą wiedzę...
Khazad zadumał się na chwilę sięgając wzrokiem gdzieś w dal.
-Jednakże po kilkunastu latach zmarł... Gdy wiedział, że zbliżał się jego czas, opowiedział mi pewną historię... Nie był z tamtych stron. Zawędrował tam z północy... Z tego co zrozumiałem pochodził z krainy, która ongiś zwała się Arnorem... Całe życie marzył o odnalezieniu pewnej rośliny, a dokładnie kwiatu. Poszukiwał go przez cały ten czas...
Westchnął.
-I to poszukiwanie przekazał mnie... Nie wiele wiedziałem o tej roślinie, jednakże jej historia mnie urzekła. Garadion twierdził, że to bardzo rzadki okaz... Wręcz unikatowy w skali światowej. Był to bowiem kwiat stary... Stary ponad wszelką miarę. Starszy niż Numenor... Starszy albo równie stary co sam Beleriand. Pochodził on bowiem z czasów gdy elfowie się przebudzili, gdy wieczna noc panowała nad światem...
Hurin opróżnił swój kufel i skinął w stronę karczmarza prosząc o kolejny.
-No przynajmniej on w to wierzył... Sam opowiedział mi te historie... Ile w nich prawdy, oceń sama. W sumie kto jak kto, ale któż lepiej od elfa może znać historie tego świata. Ja sam nie wiem co o tym myśleć. Może to mit, a może prawda. Skąd on wiedział to wszystko- nie wiem. Jednakże faktem jest, że Garadion był stary już jak go poznałem... Starszy niż bywają ludzie w tych czasach. Wydawał się jakby nie z tej epoki... Było w nim coś niesamowitego.
Karczmarz przyniósł kolejny kufel miodu.
-Ahh dzięki Ci zacny gospodarzu... -pociągnął kolejny łyk i uśmiechnął siędo siebie.-Znakomite...
-Na czym to ja... Ahh tak. No w każdym razie był jaki był. I pozostawił mi w spadku swoją... hmm można by rzec pasję. Nie do końca wierzyłem w to co mi opowiadał na łożu śmierci. No ale nadarzyła się okazja, aby wyruszyć w podróż. Więc czemu przy okazji nie poszukać tego kwiatu? Zawsze to jakiś cel. Rozważałem powrót w rodzinne strony... Ale w sumie zmieniłem się bardzo. Nie pasowałem już tam. Nie chciałem przysporzyć swej rodzinie problemów. No więc wyruszyłem.
-Długo wędrowałem. Nigdzie nie zostawałem na dłużej. Przemierzyłem wiele rzek, lasów, gór... Nieraz zabłądziłem. Wątpiłem... Chciałem się poddać i wrócić. Lecz nie mogłem. Cały czas coś mnie pchało do przodu... Nie wiedziałem dokąd zdążam. Szukać kwiatu? Nawet nie wiedziałem jak wygląda... Jedynie jakieś mętne opisy, przesłania. Nawet jego prawdziwej nazwy nie znałem. Garadion zwał go... Hmm... Łzą Czystości albo Światłem Świtu. Z pewnością znalazłabyś piękniejsze imię dla tego kwiatu. Zakładam, że elfowie mają badź też mieli dla niego własną nazwę.
-W każdym razie szukałem go wiele lat. Powątpiewałem w jego istnienie, ale coś nie pozwalało mi zawrócić... Lata mijały, ja się zmieniałem... Po wielu latach porzuciłem północ, i udałem się na wschód. A dokładnie północny wschód. Garadion uważał że, kwiat można znaleźć tylko na północy, na obszarze, który znajdował się najbliżej Beleriandu w przeszłości. Mnie jednak coś gnało w inne strony. Nie znałem w ogóle tamtych krain. Nawet o nich nie słyszałem. Z ludźmi, których tam spotykałem, nie szło się dogadać. Mówiliśmy w zupełnie innych językach. Zaczęło więc ich unikać. Podróżowałem nocami, na przełaj przez lasy. Nie wiem jak długo tam byłem.
-Jednakże pewnego razu ujrzałem góry... Wysokie i stare. Naprawdę staro wyglądały. Nie mam pojęcia gdzie to było. Coś w nich mnie przyciągało... Postanowiłem się tam udać...
Lecz nie byłą to łatwa droga. Ścieżek żadnych tam nie było. Nie raz musiałem zawracać.
-Długa to była droga i męcząca... Mimo to, zakończyła się sukcesem. Wreszcie udało mi sie dotrzeć do podnóży owych gór... Widok był... No zapierający dech w piersiach. Te góry wyglądały jak nie z tego świata... Jakby je ulepiły ręce olbrzymów. U ich podnóży odnalazłem ścieżkę... Chociaż może nie ścieżkę... Nie wyglądała normalnie. Podobnie jak góry byłą bardzo stara i jakby przez kogoś stworzona. Postanowiłem z niej skorzystać i ruszyć jej śladem... Nie jestem w stanie opisać swej wędrówki. Nie znam słów wystarczających aby wyrazić to co bym chciał opisać. Było to jak sen... Chociaż bardziej wyraziste... Hmm...
Zadumał się na dłuższą chwilę.
-Cóż... Długo trwała moja droga... a może krótko. Nie wiem... Wiedziałem, że się zbliżam do miejsca, do którego zawsze zdążałem... Pamiętam to jakby wczoraj... Tą dolinę, starą i młodą zarazem. Nie dało się odczuć tam niczyjej obecności... Chociaż nie... Czuło się tam... Ahh nie wiem... nie jestem w stanie tego opisać. Czuło się, jakby ta dolina nie należała do tego świata, a zarazem nim była. Wzdłuż całej doliny ciągnęły się lasy... Lasy jakich już nie ma. Drzewa, które nie mają nazwy... Stare i dumne, jakby ojcowie wszystkich drzew. Na środku doliny znajdowało się jezioro, podłużne jezioro, lekko falujące. Przy brzegach emanowało jakby światłem...
To ono mnie tak przyciągało, to światło. Było inne niż wszystkie światła jakie widziałem...
Kroczyłem przez las jak urzeczony, zaklęty. Gdy zbliżyłem się do brzegu dostrzegłem, że to nie jezioro tak świeci. Tylko opadające delikatnie do jego brzegów łąki. Łąki pełne przecudnych kwiatów. Zapach, który rozchodził się wokół był niepowtarzalny... Powietrze tchnęło świeżością lecz również wiecznością. Nie było skażone. Gdy podszedłem do jeziora ujrzałem w jego tafli zachód słońca. Lecz nie był on normalny. Słońce, niebo, gwiazdy czy nawet chmury... Wszystko wyglądało inaczej. Młodziej jakby zastygło w czasach, które już przeminęły dawno, dawno temu... Woda również była inna. Gdy zamoczyłem w niej stopy, wszelkie zmartwienia, troski zniknęły. Czułem się jakbym się urodził na nowo. W świecie, który już przeminął...
Poczułem wtedy jednak, że muszę wracać. Do moich czasów. Muszę żyć. Ta misja została ukończona...
Odwróciłem się wtedy i odszedłem. Jednakże zanim wyruszyłem w dalszą drogę, dostrzegłem na łące parę kwiatów , które już opadły, a mimo to było wciąż świeże. Uznałem, że są przeznaczone dla mnie. Wziąłem je więc i postanowiłem odejść. Z drogi powrotnej nie wiele pamiętam. Wiem jedynie, że gdy opuszczałem dolinę odwróciłem się raz jeszcze i spojrzałem w dół. Chciałem się pożegnać, lecz nie czułem się tak jakbym nie miał tam już nigdy wrócić. Wręcz przeciwnie....
Dalsza droga poszła już dość szybko. Czułem się jakbym się budził ze snu. Droga odnalazłem szybko. Nie kluczyłem już i nie gubiłem się. Zdaje mi się, że o wiele szybciej przyszło mi odnaleźć drogę powrotną. Minęło parę dni, a owe góry zaczęły się oddalać. Postanowiłem wrócić do Eriadoru. Lecz droga, którą obrałem była bardzo dluga. Postanowiłem zwiedzić jeszcze świat i udać się do Samotnej Góry, na południe, aż po Gondor. Wiele lat trwała wędrówka. Już nigdzie mi się nie spieszyło. Po jakimś czasie postanowiłem jednak wrócić na północ, w rodzinne strony, może odwiedzić bliskich. Lecz było to już dawno temu...
Zakończył Khazad swą długa opowieść.
-No mam nadzieję, że Cię nie znudziłem... Trochę mnie poniosło... Ahhh, ależ mi zaschło w gardle...
Sięgnął po kufel i jednym chaustem opróżnił go.
Nanatei - 2012-05-12, 20:05
:
Gdy kufel stuknął o blat stołu, Sindarka wybudziła się z głębokiego zasłuchania i z narastającą emocją ważyła w dłoniach woreczek wypełniony niezwykłymi kwiatami. Po chwili rozpoczęła cicho:

- Elfowie nie lękają się długich opowieści, czym inaczej wypełnialibyśmy swój nieupływający nigdy czas?...
Dzieje to nietuzinkowe, a jeszcze bardziej zaskakującymi czyni je to, iż z Naugrimów się wywodzisz, co już kilka razy raczyłam Ci wytknąć. - uniosła lekko kąciki ust w uśmiechu i delikatnie przeciągnęła opuszkami palców po krawędzi jednego z płatków.
- Wszystko przemija, jednak często zostawia po sobie ślady blizn albo błogosławieństwo...

Układała przez chwilę swoje myśli, unosząc oczy w stronę ognia, a potem ciągnęła swoją opowieść już pewniejszym, śpiewnym głosem:

- Jakże podobne są te kwiaty do tych, które zaścielały dolinę między Narogiem a Sirionem, w krainie Nan-Tathren, gdzie podmuch wiatru wśród srebrzystozielonych liści wierzb zamieniał się w najczystszą poezję... Do kwiatów krainy, w której ramionach się schroniłam po kilku latach spędzonych w smutku na wyspie Balar. Zapachy, jakie krył w sobie tamten zakątek, tworzyły w powietrzu woń tak cudowną, że nie miało się ochoty wypuszczać przepełnionego nim tchnienia z płuc. Tamtejsze łąki obfitowały w cudowne zioła, mieniły się najwspanialszymi barwami, w każdej duszy zasiewały harmonię i miłość do tego świata. Tam, w Nan-Tasirion, radosnym krzykiem wodnego ptactwa rozbrzmiewały niewielkie rozlewiska, błyszczące jak srebrne zwierciadła wśród zasłony trzcin. Ulmo szczególnie hojnie rozdzielał tam swoje łaski, wzmacniając utrudzonych i lecząc rany, czego doświadczyli tam później uchodzący z Gondolinu... Tak jak Ty, dzięki przepełnionej jego mocą wodzie, pokrzepieni.
Piękność tamtej doliny na zawsze naznaczyła moje serce. Kryłam się wśród jej wysokich, aksamitnych traw, siadywałam wśród sędziwych konarów wierzb, a ona nie odmawiała mi żadnego ze swoich skarbów... Kiedyś jednak dołączyłam do przechodzącej tamtędy w poszukiwaniu cennych ziół grupy Nandorów i opuściłam Beleriand, nie mając świadomości, że grunt za moimi plecami dosłownie zapadnie się pod ziemię i nie wrócę tam już nigdy. - rzekła i zamilkła. Po pełniej napięcia ciszy z jej krtani wyrwały się głuche i pełne goryczy słowa.

- Powinnam była tam pozostać. Pozostać i zginąć wraz z nią... - szalejąca na zewnątrz nawałnica trzasnęła okiennicami i zagłuszyła resztę słów. Spod zamkniętych powiek elfki w milczeniu potoczyło się kilka łez.

- Rzekłeś, że nie opuszczało Cię uczucie, że masz tam powrócić... Och, powiedz mi, gdzie jest ta zaklęta dolina, pozwól mi wędrować z Tobą! Chciałabym jeszcze raz nasycić się świeżością świata z dni, kiedy wydawał mi się jeszcze tak czarowny, kiedy nie nosiłam w sobie pamięci tysiącleci, kiedy miałam jeszcze nadzieję, że spotka mnie szczęście!... - oczy jej zapłonęły gorączkowo, poderwała się z miejsca i podeszła w uniesieniu do krasnoluda.
- Błagam Cię, nie skazuj mnie na kolejne lata pełne mąk, wpierw burząc mój spokój i radość, co odnalazłam z trudem w Imladris, dając mi wiarę, że jakiś odprysk tamtego świata jednak ocalał... - z namaszczeniem włożyła powrotnie w dłonie Khazada sakiewkę z niezwykłym kwieciem, zamykając ją w nich uściskiem swoich chłodnych palców. Na jednym z płatków błysnęła jeszcze łza, a potem szybko stoczyła się w głąb.

Twarz elfki jaśniała, z powagą i wyczekiwaniem patrzyła na raczącego się beztrosko miodem rozmówcę.
Daeruth - 2012-05-13, 12:22
:
Raczący się miodem krasnolud, pozwolił swej wyobraźni kształtować obrazy na wzór tego o czym mówiła elfka. Dostrzegał to co ona. Jego odczucia jednak były mniej wzniosłe, łagodniejsze, bliższe śmiertelnikowi.
Nie zauważył nawet gdy podeszła. Dopiero odległy grzmot wybudził go z zamyślenia. Odstawił kufel i rzekł:
-Smutna jest twa historia lecz zarazem i piękna... Nie jestem w stanie wyobrazić sobie bólu i tęsknoty jakiejś odczuwasz po tej stracie... Gorzkie musiały być dla Ciebie te wszystkie lata... Och taaak...
Przerwał na chwilę i spojrzał na elfkę jakby się zastanawiając.
-Nie raz tak się zastanawiam... Nad sensem mej wędrówki. Wiele czasu poświęciłem na me rozmyślania. I doszedłem w gruncie rzeczy do jednego wniosku. Była ona tak długa i ciężka, ponieważ nie byłem gotów aby odnaleźć cel mej wędrówki... Musiałem dorosnąć, zrozumieć wiele rzeczy, przezwyciężyć wiele słabości. To była próba, którą musiałem przejść jeśli chciałem odnaleźć nie tylko ten kwiat, czarowną doliną lecz także swoje miejsce na świecie...
Spojrzał teraz elfce prosto w oczy.
-Wiesz więc teraz jaka jest moja odpowiedź na Twoją prośbę. Nie mogę Ci powiedzieć gdzie jest ta dolina... Zresztą prawdę rzekłszy nawet nie umiem określić jej dokładnego położenia. Nawet gdybyś je znała, to wątpię czy udałoby Ci się ją odnaleźć...
Spojrzał na sakwę w swej dłoni i i wyjął jeden kwiat. Podniósł go na poziom oczu i spoglądając przez niego na elfkę, kontynuował.
-Długo wędrowałem samotnie po tym świecie. Za długo... Być może samotnych podróży wkrótce dobiegnie koniec...
Uśmiechnął się tajemniczo do elfki.
-Wiem, że kiedyś wyruszę tam ponownie. Gdy będę czuł, że nadeszła ta chwila. Może jutro... może za miesiąc , rok czy dziesięć lat...
-Nie wierzę w zbiegi okoliczności. Być może to nasze spotkanie tutaj ma jakiś głębszy sens, którego nie potrafimy teraz dostrzec. Być może los postawił mnie na Twojej drodze, aby ukoić Twoim cierpieniom... Kto wie?
-A więc czy gdy nadejdzie ta chwila, zgodzisz się mi towarzyszyć? Na sam koniec świata, a może i jeszcze dalej?
Wyciągnął do niej kwiat.
-Ofiarowuję Ci to jako symbol nadziei. Nadziei w to, że wszystko ma swój kres. Każde poszukiwanie, każda wędrówka, walka, a także smutek. Pewnych ran nie da się zagoić, pewnych wspomnień wymazać. Pozostaną na zawsze, lecz są jeszcze na tym świecie miejsca, które mogą ukoić nawet największy ból.
Nanatei - 2012-05-14, 09:33
:
Słysząc, że Naugrim nie może powiedzieć, gdzie leży dolina, elfka struchlała, kurczowo zacisnęła palce na blacie stołu i oparła się na nim, aby nie upaść. Pociemniało jej w oczach.
Z trudem skupiła uwagę na dalszym ciągu odpowiedzi.
Jednakże iskra nadziei, która jeszcze jej pozostała, po chwili wybuchnęła gwałtownym płomieniem radości, gdy krasnolud wyjawił całość swoich przemyśleń. Przycisnęła dłonie w miejscu, gdzie bije serce jakby chciała je tym uspokoić i wydała stłumiony okrzyk.
- Ach, cóż znaczy choćby i dziesięć lat w obliczu wieczności! Cóż znaczy wędrówka aż po kraniec świata, przy tych kilku końcach świata, które przeżyłam? Czy jest jakiś powód, dla którego miałabym prawo odrzucić ten niesłychany dar losu? Podejmę się tej podróży wraz z Tobą. Chociaż nadal... Brzmi to nieprawdopodobnie. Dzieje lubią chadzać najbardziej zadziwiającymi ścieżkami...

Rzuciła roziskrzonym spojrzeniem na krasnoluda i przyjęła podarek. Zadumała się na chwilę dzierżąc kwiat w dłoni, a następnie podeszła do swoich pakunków i wygrzebała spośród nich kolejny kryształowy pojemniczek. Umieściła w nim roślinę, szyjkę flakonika obwiązała rzemykiem i powiesiła sobie na szyi.

- Nie posiadam nic, co mogłabym ofiarować Ci w zamian za wszystkie te cuda. Jednak twoje zasługi na pewno nie umkną pamięci wielu osób... W jaki sposób - okaże się jutro. - teraz Sindarka mrugnęła zawadiacko do krasnoluda i przeciągnęła się nieznacznie - Pora już bardzo późna, za niedługo może i świt nas zaskoczy... Wypadałoby zażyć choćby odrobiny snu.

Podeszła do karczmarza, by poprosić o klucz do sypialni, wróciła po swe rzeczy i podążyła w górę po schodach.
-Maer ol, niespodziewany przyjacielu! - uśmiechnęła się raz jeszcze i zniknęła za załomem ściany.
Daeruth - 2012-05-14, 12:53
:
"Hmm ciekawe co też ona miała na myśli..." pomyślał krasnolud, gdy został sam. Wstał z krzesła i przeciągnął się.
-Mmm... Burza już przeszła. Pora w sam raz na nocną przechadzkę. A nuż uda mi się obejrzeć wschód słońca w tej czarownej dolinie?
Zawołał karczmarza, prosząc o wolny pokój. Poszedł na górę, zostawił swe rzeczy. Cenną sakwę przypiął do pasa, po czym opuścił karczmę nucąc tylko sobie znaną melodię.
Nanatei - 2012-05-14, 20:10
:
Po śnie krótkim, lecz treściwym, Sindarka znów zaczęła grasować po głównej sali karczmy.

,,Nowego znajomego ani widu, ani słychu... Dobrze. Bardzo dobrze." - pomyślała i wdrapała się na wczoraj przysunięte stoły.
Oczyściła starannie spory fragment ściany i rozpoczęła dziwną, monotonną wędrówkę od ściany do środka sali, od czasu do czasu kreśląc na oczyszczonej płaszczyźnie kilka linii, zaglądając do szkicownika, albo dumając chwilę nad jakimś zaspanym gościem. W końcu uznała efekt tych pielgrzymek za zadowalający i zabrała się za mieszanie wczoraj rozdrabnianych substancji z oleistą cieczą. Na stole zjawiła się armia niewielkich miseczek zapełnionych różnobarwnymi papkami. Elfka uśmiechnęła się z zadowoleniem, wspięła na meblowe rusztowanie i z namaszczeniem dokonała pierwszego pociągnięcia pędzla.

W centrum malunku, prócz najmożniejszych i najsławniejszych mieszkańców Rivendell, umieściła postać niezwykłego krasnoluda, wpatrzonego w jaśniejący kwiat.
Daeruth - 2012-05-14, 22:25
:
Po opuszczeniu karczmy, bohater udał się do leżących nieopodal lasów brzozowych. Po drodze wypatrywał gwiazd przebijających się przez ostatnie zwały chmury. Na wschodzie powoli się rozjaśniało.
Gdy dotarł do lasu, odetchnął głęboko wionącym stamtąd świeżym powietrzem. Zimny wiatr przyjemnie smagał po twarzy.
Po przekroczeniu granicy drzew, otoczył go mrok. Przez gęste korony drzew nie przebijało się wiele światła gwiazd. Zachwycony krasnolud podziwiał rosnące w koło wielkie drzewa, a także bogate runo leśne. Gdzieś w górze słychać było pojedyncze dźwięki budzącego się powoli ptactwa. Z oddali błysnął oczami lis.
Khazad wędrował w ciszy skrytymi pośród krzewów ścieżkami. Był ciekaw dokąd prowadzą.
W pewnej chwili las się rozrzedził i wyszedł na niewielką polanę. Usiana była licznymi niebieskimi kwiatami, których nazwy nie znał. Przebijały się licznie pośród otaczającej je skapanej w rosie świeżej trawy. Oczarowany wkroczył na łąkę podczas gdy mgły zaczęły się delikatnie podnosić. Gwiazdy powoli znikały, ustępując miejsca słońcu. Jego skośne promienie licznie przeświecały przez wysoko położone korony drzew.
Khazad powoli się odprężył głęboko oddychając świeżym i chłodnym powietrzem.
Po dość długiej chwili otworzył oczy i postanowił wrócić. Jednakże nieco dłuższą drogą chcąc zwiedzić jeszcze tutejszy las. Skierował się więc nieco na lewo od miejsca w którym wszedł na łąkę. Teren tu był bardziej wyboisty, pełen licznych wzniesień i skał.
Nucąc po cichu zasłyszaną niegdyś pieśń, wkroczył w las ogarnięty lekką mgłą.
Vendea - 2012-05-15, 21:20
:
Drzwi karczmy otwierają się, jednak nikt nie wchodzi do środka. Vendea rozgląda się po sali i nie widząc niczego interesującego mówi sama do siebie.


- Pusto tu... Ale nuda...



Po czym zamyka za sobą drzwi pozostając na zewnątrz.